Hel - rodzinne podróżowanie

Nie wiem co Hel ma takiego w sobie ale ciągnie nas tam ciągle. Są takie miejsca, które odwiedzamy raz, są fajne ale jakoś nie ciągnie nas tam na tyle żeby tam wracać kilkakrotnie. Natomiast z Helem sprawa ma się inaczej. W zasadzie jakoś tak samo wyszło, że wycieczka na Półwysep Helski to już nasza mała rodzinna tradycja. Płynęliśmy tramwajem wodnym, jechaliśmy pociągiem i jechaliśmy autem. Tylko z rowerami się jeszcze nie wybraliśmy ale to za jakiś czas jak dziewczyny nieco podrosną.

Zwykle na Hel wybieramy się samochodem wiosną lub jesienią. Gdy pogoda sprzyja nadmorskim spacerom, a ludzi jest stosunkowo niedużo. Większość turystów odwiedza Hel w sezonie letnim. Dlatego w miesiącach wakacyjnych lepiej wybrać się tramwajem wodnym lub pociągiem aby uniknąć kilkugodzinnych korków na trasie Trójmiasto-Półwysep Helski. 

Gdy w zeszłym roku wybraliśmy się na Hel, nasza Martyna stawiała właśnie swoje pierwsze samodzielne kroki. Była połowa kwietnia i piękny wiosenny dzień.

hel


hel

Koniecznie zajrzyjcie do naszego poprzedniego wpisu na temat Helu, znajdziecie tam informacje na temat atrakcji i tramwaju wodnego. Jeśli wybieracie się autem to zajrzyjcie po drodze do Muzeum Kocham Bałtyk.

W tym roku wybraliśmy się dopiero w ostatni majowy weekend. Wiosny w tym roku na Pomorzu w zasadzie nie było, a pogoda nie była zbyt łaskawa na nadmorskie wycieczki z niemowlakiem.

 W tym roku Hel odkrywaliśmy we czworo.

hel

Znów nieodłącznymi elementami naszych wycieczek stała się chusta i nosidełko. Choć wzięliśmy wózek z gondolą, to Agatka zdaje się mieć go na razie w nosie i zdecydowanie woli podróże wtulona w mamę.
A Martyna? Jak to dwulatek. Wszystko sama. Jednak po jakimś czasie chce na ręce. Ten słodki ciężar zdecydowanie lepiej nosić w nosidełku niż na barana. U nas niezmiennie sprawdza się tula. Choć w najbliższym czasie powinniśmy pomyśleć nad zakupem wersji dla starszaków.



W czasie leśnych spacerów gondola bardziej przydała się dla Martyny, która postanowiła pójść w niej spać.


Hel wielu osobom kojarzy się z korkami na drodze dojazdowej, mnóstwem straganów z tandetnymi pamiątkami i zatłoczoną plażą. To oczywiście wszystko tam znajdziecie ale wystarczy odejść nieco dalej by było tak..

hel




Jak okiem daleko sięgnąć nikogo dookoła. Tylko las, piasek i my. ❤❤

hel

Idąc w poszukiwaniu dalmierza, udało nam się nieco pogubić.  Koniec końców nie udało nam się go znaleźć. Nic straconego nadrobimy to pewnie na jesień! Choć widać, że Hel z roku na rok się zmienia. I sporo pieniędzy zainwestowali to nam oznakowaniem szlaków powinni jeszcze nieco popracować.

W takiej atmosferze czas leci szybko, więc ani się obejrzeliśmy a trzeba było wracać. Udało się jeszcze zajść na szybki obiad i przepyszne placki ziemniaczane z nadzieniem z dorsza (placek rybacki). Tak mi smakowało, że zanim przypomniałam sobie o zrobieniu zdjęcia talerz był już prawie pusty. To miejsce odwiedzamy na obiad przy każdej wizycie na Helu. Choć tym razem sam placek nie do końca im wyszedł, to samo nadzienie było bardzo smaczne! Do tego Pani z obsługi dołożyła starań abyśmy zdążyli na pociąg!



Tym razem wybraliśmy się nie autem, a pociągiem. Poza sezonem jadąc z Gdańska jest przesiadka w Gdyni. Natomiast w sezonie jeżdżą pociągi bezpośrednie. Mieliśmy nawet wizję, że nasza wycieczka skończy się w Gdyni, bo jadący z Chojnic do Gdyni pociąg osobowy miał opóźnieni. Jednak okazało się, że ten sam pociąg potem zmienia tylko kartkę z oznaczeniem trasy i jest pociągiem na Hel. Przesiadka była więc tylko czysto teoretyczna (w pierwszą stronę). Trafił nam się stary poczciwy piętrus, w który jak dla nas jest dużo bardziej komfortowy niż nowe szynobusy, Jest w nim też zdecydowanie więcej miejsca na rowery i wózki.

Martyna była przeszczęśliwa. Kto jeszcze pamięta ten wiatr we włosach siedząc w przedziale przy otwartym oknie?


W drodze powrotnej czekał już na nas niestety zatłoczony szynobus, w którym było zdecydowanie więcej wózków i rowerów niż było na to miejsca. Także nie obeszło się bez nerwowych rozmów między pasażerami i scen niczym ze scen filmowych z czasów PRL, gdy to wózki i dzieci przenosiło się nad głowami pasażerów w stronę wyjścia.

Swoją drogą tak przyzwyczailiśmy naszą córkę do tych naszych małych podróży, że nawet jak byśmy chcieli to nie da nam usiedzieć za długo w domu. Pada tylko: "Mamo, tato chce na wycieczkę!" Potem zakłada buty, a gdy ociągamy się za długo, nam też przynosi aby nie pozostawić żadnych wątpliwości. No bo jak niby dziecku odmówić w takiej sytuacji? ☺

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz